No dobra, przedłużony. Barcelona na weekend to wyzwanie i naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że dwa dni wystarczą, żeby choć przebiec przez miasto. Jeśli ktoś w ogóle lubi biegać turystycznie – ja tam wolę się włóczyć, tu coś zobaczyć, tam przysiąść i zjeść, a jeszcze gdzieś po prostu zatrzymać się i popatrzeć.

Mimo, że to był nasz pierwszy wypad do Barcelony, nie robiłam szczególnych planów, wiedziałam jedynie, czego nie chcę – zacząć i skończyć zwiedzania na Ramblas. Kto był, ten wie, że tłum wlewa się tam nieustannie od rana do później nocy. Po obu stronach tłumu stoi gęsto szpaler bud z badziewiem, więc spacer przypomina raczej przejście krów przez dojarnię. Nie, dziękuję.

Las Ramblas czyli las ludzi

 

 

Barcelońska starówka, czyli Barri Gotic, ma znacznie więcej ciekawych miejsc, spokojnych uliczek, zatłoczonych placyków zastawionych kawiarnianymi stolikami, zacienionych skwerów… w okolicy, czyli np. w sąsiedniej dzielnicy Raval czy Eixample jest też więcej Ramblas niż ten jeden pasek od Plaza de Catalunya do pomnika Kolumba. Np. La Rambla de Raval, gdzie stoi wielka rzeźba kota autorstwa Botero – kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza, który lubi przedstawiać swoje modelki i modeli jako krąglutkie, pucołowate i obfite. Dla kota też nie zrobił wyjątku.

El Gat de Botero na Rambla de Raval

Niemal każdy przewodnik i wpis blogowy o Barcelońskim „must see” wymienia targ La Boqueria. Samo miejsce stało się też odnośnikiem stylu dla innych odrestaurowanych hal targowych, że wspomnę tylko aspirujące do niej warszawskie Koszyki. Ale znowu: są w Barcelonie, i to wcale niedaleko, inne ciekawe targi, jak Mercat de Sant Antoni, niedaleko stacji metra o tej samej nazwie i kwadrans spacerkiem od bardziej znanej odpowiedniczki.

Hiszpańska kawa, zwłaszcza podana w szklance, smakuje równie fantastycznie prawie w każdym miejscu, na śniadanie najlepiej wpaść do baru po sąsiedzku (im gorzej wygląda, tym lepiej dla portfela), ale trafić na dobre i niedrogie jedzenie to już wyzwanie. Ale czasami, krążąc wąskimi uliczkami, trafia się na zachęcający szyld „La Celta Pulperia” (yyyh, po polsku już nie brzmi to tak fajnie: ośmiorniczarnia???), znajduje wewnątrz niezobowiązujący bar pełen pysznego żarcia i to wszystko o krok od nadmorskiego Passeig de Colom i portu.

Ze stojącego przy porcie pomnika Kolumba, a raczej z tarasu widokowego „pod Kolumbem” można zobaczyć Barcelonę jak w soczewce. W każdą stronę rozciągają się widoki warte wjazdu wąską windą i spaceru po wąskim metalowym balkonie. Przypomina to trochę spacer na latarni morskiej, chociaż nie przypominam sobie, żeby któraś latarnia chwiała się jak konstrukcja pomnika…

Mimo, że Sagrada Familia jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Barcelonie, nie mogłyśmy odmówić sobie zobaczenia jej, z zewnątrz i z dużą dozą sceptycyzmu. Podobnie jak inne budowle Gaudiego wydaje mi się być wytworem koszmarnego snu Szalonego Kapelusznika i w ogóle mi się nie podoba. Zadziwia mnie też, że dla tak wielkiego zamku z piasku Barcelona zrezygnowała z pięknego zamysłu architektonicznego Eixample, czyli charakterystycznego układu kwartałów budynków o ściętych narożnikach, które tworzą małe placyki na każdym skrzyżowaniu.

Sagrada Familia wystaje ponad wszystko w okolicy

Zostawiłyśmy za sobą betonowe szaleństwo i ruszyłyśmy pieszo przez dzielnicę Sarria-Sant Gervasi do Parku Guel, którego wcale nie zamierzałyśmy zwiedzać – interesował nas widok na miasto ze wzgórza. Po drodze zajrzałyśmy jeszcze na tapas lunch do któregoś z licznych barów przy dzielnicowym targu Mercat de la Libertat, gdzie nakarmili nas smacznie, choć doliczyli to i owo do rachunku. Przy wejściu kilka osób bawiło się doskonale przy popołudniowym winku, obok nich na tymczasowym łóżku zrobionym z ławki i stołka spał chłopiec, na oko 3-4 letni i głośne dyskusje wydawały się wcale mu nie przeszkadzać.

Widok ze wzgórza obok parku był taki sobie – dobrze, że część drogi w górę można przebyć ruchomymi schodami. Już chciałyśmy schodzić, kiedy coś mi podpowiedziało, że może warto byłoby skręcić w jeszcze jedną uliczkę… i w ten sposób trafiłyśmy do Asociacion La Miranda – czegoś w rodzaju klubu, a w nim na festiwal dość alternatywny. Sama impreza zasługuje na osobny wpis, dość powiedzieć, że bawiłyśmy się świetnie, a Barcelona, oglądana z tarasu na ostatnim piętrze, przy muzyce i ze szklanką wina w ręce, wyglądała zjawiskowo.

Asociacio La Miranda Barcelona

I to wszystko w dwa dni…

Lubimy jak nas lubią na:
error0