Mam dwa ulubione kierunki wakacyjne: greckie wyspy i hiszpańską Andaluzję. Nie jestem w tym oryginalna, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. W Andaluzji często spotykam znajome, które jadą tam po to samo, co ja, czyli po flamenco, sherry i pyszne jedzenie. W Grecji znajomych raczej nie spotykam, a nawet staram się jeździć tam, gdzie rodaków trudno spotkać. Z roku na rok towarzystwo z „ol-exkjuzmi” i „Polskich wiosek” coraz mniej mi odpowiada, więc po ponad 10 wyjazdach na Kretę, Korfu i jeszcze kilka wysp, na które dolatują chartery z Polski, w tym roku wybrałam Cyklady. A mówiąc dokładniej, dwie największe z nich: Paros i Naksos. Bardziej znane są Mykonos i Santorini, ale znane oznacza tłumy, a nie o to chodziło.

Na Paros i Naksos da się dolecieć samolotem, chociaż nie jest to tania rozrywka. Większość turystów przyjeżdża jednak na Cyklady promem i my też tak zrobiłyśmy. Sama podróż być może doczeka się osobnego wpisu, ale tym razem nie o podróżach chciałam, a o jedzeniu.

Grecy kochają jeść i ta myśl nie wymaga szczególnego rozwinięcia. Lubią też spędzać czas na zewnątrz, bo klimat na to pozwala, więc w żadnym miejscu, czy to w Atenach czy na najdalszej plaży Naksos – nie będziecie głodni.

Promy dobijają do nabrzeża w głównej miejscowości wyspy (zwykle mówi się na nią Chora – wioska lub Limani – port), w której przy ulicy ciągnącej się wzdłuż portu i plaży rozłożyło się kilkadziesiąt knajpek. Drugie tyle znajdziecie w labiryncie uliczek wśród białych domków. Można poczuć się trochę przytłoczonym tą ilością, zwłaszcza gdy spaceruje się portem np. w porze sjesty i większość jest pusta, a niektóre zamknięte. Powstaje więc pytanie

JAK WYBRAĆ MIEJSCE, W KTÓRYM DOBRZE ZJEMY I NIE ZBANKRUTUJEMY?

Zwróć uwagę na nazwę

Poza oczywistymi podziałami na kawiarnie, cocktail bary, restauracje itd., mamy też dość szczególny podział wśród miejsc karmiących:

Gyros – czyli bar, kebab, no wiadomo. Grecki pita gyros (czyli po naszemu kebab w grubym placku) to taki Big Mac. Barowy wzorzec metra. Wszędzie, gdzie byłam, od Salonik, przez Ateny do Krety, wygląda tak samo: gruby pszenny placek zawija się w rożek, a do środka wkłada: mięso ścięte z donera, czyli gyros, sos tzatziki, pomidora, cebulę i frytki. Wszystko to owija się w woskowany papier i podaje na talerzu. Zamiast mięsa (którego rodzaj rzecz jasna można sobie wybrać, znamy to) czasami można zamówić falafel, ale zwykle jednak nie ma takiej opcji, a więc Gyros raczej nie jest dla wegetarian. No chyba że chcecie frytki w placku. Mają wprawdzie kartę, a w niej i inne potrawy, ale nie polecam. A, i najlepsze na koniec: grecki pita gyros kosztuje zawsze 2,50. Ni mniej, ni więcej. No chyba że na wynos – to może być 2,20. Naj-ta-niej.

Estatorio – czyli jadłodajnia. Czasami jest to bar samoobsługowy lub taki, w którym wybieramy z lady, a nakłada obsługa. Czasami jest nieco podobne do taverny, obsługa podchodzi do stolików, ale w ladzie przy kuchni czekają potrawy przygotowane do odgrzania (jak musaka) lub usmażenia (np. mięsa), możesz zobaczyć i wybrać, co chcesz zjeść. Teoretycznie tanio, w praktyce czasami podobnie jak w kolejnej w zestawieniu.

Taverna – z założenia miejsce niezobowiązujące. Stoliki zawsze są gołe, kelner nakrywa je papierowym obrusem przy gościach. Często na obrusie wydrukowana jest mapa wyspy, na której się jest, co daje miłą chwilową rozrywkę pt „tu byliśmy, a tu pojedziemy jutro”. Po posiłku obrus zgarnia się razem ze wszystkim, co spadło, skapnęło itd., ale dlaczego kapie – o tym za chwilę. Można trafić czasami na psarotaverny (tawerny rybne), chociaż zwykle ryby i mięsa podaje się wszędzie.

Restauracje – teoretycznie oznacza to obrusy, kieliszki i wyższe ceny. W praktyce  taverna i restauracja pojawiają się wymiennie, podobnie jak estatorio i taverna.

Trzeba wiedzieć, kiedy jeść

Klimat powoduje, że zwyczaje jedzeniowe zależą od pory dnia (nie zależą za to szczególnie od kraju, bo podobnie jest w Hiszpanii i w Grecji). Krążą suche żarciki, że greckie śniadanie to kawa i papieros. Bywa i tak, ale śniadania kupuje się i je w barach z kanapkami oraz w piekarniach, które są też cukierniami o bogatym asortymencie. Kawa, sok pomarańczowy z pysznych, brzydkich miejscowych pomarańczy oraz nieprawdopodobnie słodkie ciastko wielkości co najmniej dłoni – oto najlepszy początek dnia.

Czas na kawkę obowiązuje mniej więcej do południa, kiedy to zjada się mniej lub bardziej obfity obiad. Ci, którzy mogą po nim zrobić sobie przerwę, korzystają z niej. W sezonie widać to najlepiej na ulicach miasteczek i wsi: turyści na plaży, mieszkańcy przesypiają najgorszy upał (jeszcze się dziś napracują), cykady hałasują na maksa. Pusto.

Niektóre knajpy w ogóle nie działają w ciągu dnia, otwierają dopiero o 18 lub 19-tej, wywieszając stosowną informację. I tym warto się przyjrzeć, bo zwykle dobrze karmią, a to, że nie są otwarte, nie oznacza, że kuchnia nie działa, a tylko, że przygotowuje się na wieczorny najazd głodomorów.

Idź za tłumem

Ta mało oryginalna rada sprawdza się całkiem nieźle, a przynajmniej pozwala uniknąć niemiłych niespodzianek. Dodałabym: idź za tłumem i nasłuchuj, czy goście mówią po grecku i jeśli tak – wbijaj. Albo poczekaj chwilkę na stolik. Być może część tego tłumu to goście przyprowadzeni poleceniem z hotelu, w końcu sąsiadom trzeba pomagać… No, ale to działa i już. Pamiętaj, że tłumy nie przesiadują tam cały czas (patrz wyżej), a zjawiają się niedługo po zachodzie słońca.

Szukaj miejsc całorocznych

Poza sezonem na Paros mieszka w sumie ok. 9 tysięcy mieszkańców, a na Naksos – około 12 tysięcy. Od maja do września giną oni w tłumie turystów, których przypływa tutaj kilkanaście razy więcej. Część tawern po sezonie po prostu się zamyka, szczególnie te na plażach i w porcie. Zostają te „w mieście”, osłonięte od zimowych wiatrów. Szukając takiego całorocznego miejsca trafiłyśmy na przesmaczną knajpę na Antiparos – tawernę schowaną na tyłach domu, w ogrodzie, w której po sezonie chętnie bawią się mieszkańcy i jeszcze chętniej wrzucają potem na fejsa fotki z imprez rodzinnych, urodzin itd. Nakarmiono nas hojnie i w normalnych cenach.

JAK ZAMAWIAĆ W GRECKIEJ RESTAURACJI?

Greckie menu zwykle składa się z kilku działów:

OREKTIKA/MEZE – czyli przekąski. Mogłabym jeść tylko to. To tutaj znajdziemy klasyczne tzatziki, ale i „salata” czyli dipy/pasty do jedzenia z chlebem: melitzanosalata (pasta z pieczonego bakłażana), taramosalata (pasta z jogurtu, chleba i ikry dorsza), skordalia (o, to jest hardkor – pasta czosnkowa), fava (pasta z żółtego gotowanego grochu). Na zimno można zwykle zamówić dolmades (małe gołąbki z liści winogron nadziewane ryżem) dakos (suchary z przetartymi pomidorami, posypane serem i polane oliwą) i jeszcze parę innych ciekawych dań. Z gorących wymienię tylko kotleciki z cukinii, fetę z pieca i saganaki (smażony ser). A to nie koniec…

TRADYCYJNE DANIA GRECKIE – to jest miejsce dla musaki, pasticio, chorty i innych cudów.

Musakę wszyscy znają, ale pasticio pewnie nie. Jest to masakrycznie kaloryczna zapiekanka z mielonego mięsa, makaronu i beszamelu. Pyszna!

Chorta to gotowana zielenina, czyli jakieś liście, podobno dziko rosnące. Podaje się ją na zimno, polewa oliwą, skrapia cytryną i już. Nie mam pojęcia, jakie liście jadłam, były nieco gorzkawe, ale bardzo smaczne. W zestawie ze smażonymi kalmarami wystarczyły nam za obiad, zwłaszcza, że kalmary wjechały z frytkami i surówką.

CAŁA RESZTA – czyli mięsa, ryby, owoce morza, makarony, sałatki a nawet zupy

Przy okazji: nie znajdziecie w karcie sałatki greckiej. Ani ryby po grecku, zapomnijcie. Najbardziej rozpoznawalna sałatka (pomidory, ogórki, oliwki, cebula, feta) to sałatka wiejska (choriatiki) i może mieć kilka co najmniej odmian. A to kucharz doda papryki, a to ziemniaków, a to listków jakichś ziół (Kreta), a to zamieni fetę na manouri (Kreta) albo mizithrę (Cyklady właśnie). Zamawiając choriatiki na Naksos dobrze jest powiedzieć, z jakim serem się chce. Ja lubię z mizithrą, bo nie zjem jej w Polsce:)

Z tego bogactwa należy wybierać rozważnie, szczególnie na Naksos. Przed wyjazdem coś tam poczytałam, że dają tam ogromne porcje, ale nie wzięłam tego na poważnie – e tam, takie problemy pierwszego świata i bywalców knajp z fine dinningiem. Zmieniłam zdanie, kiedy pierwszego wieczora czekałyśmy na zamówienie, a na stół sąsiadów wjechały dakos. Nie na talerzyku, lecz na półmisku. Nasza musaka ważyła dobre pół kilo, a przecież nie była jedynym daniem na stole. Mówię wam: dwóm głodnym, acz niezbyt żartym osobom wystarczy jedna przekąska i jedno danie z głównych/tradycyjnych.

Jeśli tak zamówicie (tzn. wszystko razem, a nie każda osoba osobno), kelner przyniesie za chwilę chleb, sztućce i talerzyki, a dania za chwilę, bo jasne jest, że będziecie jeść jak ludzie, czyli – dzielić się jedzeniem i próbować wszystkiego, a nie kitrać każdy swoje danie albo grzebać sobie widelcem po talerzach:). Wydaje mi się, że turyści przyjeżdżający na Cyklady troszkę lepiej się w tym odnajdują, bo mniej widziałam tam knajp serwujących kompletne dania, a jeszcze mniej menu ze zdjęciami, co zdarzało mi się widzieć na Krecie i Rodos.

WINO

Kolacja bez wina to nie kolacja, zatem zamawiamy. Wino domowe, całkiem pijalne, zamawia się na kilogramy, nie na litry i dostaje w karafce albo w metalowym cylindrycznym „dzbanku”, zwykle nieco obitym lub z wygiętym brzegiem. Oczywiście każda szanująca się taverna i restauracja ma o wiele większy wybór win i chętnie zaproponuje coś droższego, ale ja takie zakupy wolę zrobić w sklepie, a kolację popić po prostu domowym. Jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby kelner nie rozumiał zamówienia po angielsku, ale jeśli lubicie uczyć się języków, podrzucam:

wino – krasi

białe – lefko (czasami aspro)

różowe – roze (czasami kokinelli)

czerwone – kokkino

litr tj. kilogram – kilo:)

pół litra, tj. pół kilograma – miso kilo

 

a poza tym, dla chętnych:

dobry wieczór – kalispera

menu – katalogo

proszę – parakalo

dziękuję – efcharisto

proszę (mówi kelner podając danie) – oriste

Smacznego! – kali oreksi lub yiamas (częściej przy podawaniu alkoholi)

Lubimy jak nas lubią na:
error0