Kogo choć raz nie skusiła myśl o tym, żeby „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”? Powiedzonko weszło już do kanonu internetów. Po pięknym jesiennym tygodniu spędzonym na mniej lub bardziej pustych ścieżkach też miałam taką ochotę – zaszyć się na zadupiu i nie wracać do wiosny. Tylko, jak się już zaszyjemy, co tu jeść, w tych Bieszczadach?

 

Jeśli się zacznie w Cisnej, to nie jest źle, a miejscami jest nawet całkiem dobrze. Nigdy, nawet w szczytowym okresie popularności PTTK, piosenki turystycznej i plecaków ze stelażem, nigdy nie nocowałam w schroniskach. Czasy minęły, schroniska zostały i ciągle są niedrogą opcją noclegową dla tych, którzy nie szukają luksusów. W Cisnej wybór padł na Bacówkę Pod Honem, by wydawał się pięknie stać na uboczu. Kulturalnie zrobiłam rezerwację, żeby nie spać w jadalni. Nie szukałyśmy luksusów, więc nie było rozczarowań: dostałyśmy mikropokoik, w którym starczyło miejsca na dwa materace i… tyle. Łazienka – wspólna w piwnicy. Drewniana chata trzęsła się od kroków na drewnianych schodach, podłoga trzeszczała, pełna integracja z otoczeniem. Pokój nadawał się tylko do spania, więc po górskich spacerach nie było wyjścia – trzeba było siedzieć w jadalni. Albo przy ognisku, dla pełnego folkloru. Fajnie się w jadalni grało w karty i planszówki, gadało z poznanymi właśnie sąsiadami i jadło domowe pierogi, zapijając również domową wiśniówką. Pierogi wspominam szczególnie miło, ale w sumie nie rozczarowałam się niczym z bacówkowej kuchni – była prosta, smaczna i, jak na odludzie, niedroga.

Z Bacówki dobrze wychodzi się w góry, bo schronisko jest na szlaku. Wychodziłyśmy rano z kanapkami, wracałyśmy o zmierzchu, szczęśliwe i zmęczone. Po drodze zajrzałyśmy do Oberży Pod Kudłatym Aniołem, gdzie o stolik trudno, co dobrze świadczy o kuchni. Mięsożercy zjedzą tam, co zechcą, z baraniną włącznie. Ja wybrałam przyciężkawą lokalną prostotę: Fuczki z grzybami. Co to te fuczki? A coś jak placki ziemniaczane, tylko z kiszonej kapusty. Bardzo dobre, kapusta miło chrupie i całość nie wydaje się być tak tłusta jak klasyczne placki. Do tego grzyby w śmietanie – bajka! Plus piwko z lokalnego browaru Ursa Major, który rozsyła już swoje buteleczki po kraju i kasuje za nie nieprzyzwoicie dużo, niezależnie od miejsca spożycia – Pod Aniołem w Cisnej czy w warszawskich Kuflach Kapslach kosztują tyle samo. No cóż…

Jest jeszcze parę innych miejsc w Cisnej, w których napełnią Wam brzuchy. Przy skrzyżowaniu dróg rozłożyła się Karczma Łemkowyna, a obok kiczowaty Troll, gdzie karmią bardzo masowo i trochę przez to bezdusznie, ale raczej nie otrują.  W Trollu jest tyleż strasznie, co śmiesznie, a na dodatek jeszcze brzydko i nie ratuje tego miejsca myśl, że wszystko dookoła – meble, rzeźby – ręcznie ktoś wydłubał z drewna. Niedaleko schował się Bar Siekierezada – dla tych, co czytali kiedyś Stachurę, bo reszta pewnie już nie kojarzy o co kaman. Pewnie można się tu nieźle sponiewierać i nie wygląda to na miejsce, w którym zamówicie kulturalnego caberneta, ale kto wie…?  My jednak pojechałyśmy dalej, do Wetliny, gdzie wpadłyśmy w kolejną dziurę czasoprzestrzeni.

PTTK w Wetlinie wygląda, jakby dzieci hipisów i hipsterzy do spółki zeskłotowali ośrodek kolonijny. Powaga. Pokoje – dramat, ostrzegam. Głęboki PRL, wilgoć i zimno, a jak już włączą ogrzewanie to wilgoć i gorąco. Recepcję i bar w jednym prowadzą na zmianę dredy i kolczyki, muzykę zapodaje barmank/ka wedle swego gustu i humoru. Jedzenie jest tu tanie, tłuste, całkiem smaczne i jest go dużo. I – „peace, man!” – znajdzie się w karcie (przepraszam, na ścianie) coś dla każdej opcji jedzeniowej, byleby nie dyskryminowały się nawzajem. Przy wejściu stoją wysiedziane kanapy, w które można się zapaść po uszy, obok zamiast kominka – metalowa koza, z które wystają aluminiowe rury kominowe. Przy „kominku” na sznurkach suszą się polary i swetry. Telewizora na szczęście brak. Na ścianie półki z książkami do umilania sobie wieczorów, więc jak już się człowiek oswoi z otoczeniem, to można po przejściu dziennych 20 km bardzo przyjemnie spędzić czas z książką, piwkiem albo grą w karty. Internet działa, więc bez obaw, ślad cywilizacji, jest, jeśli komuś to potrzebne.

Bardzo dobrze, choć nieco drożej, można zjeść w Gościńcu Stare Sioło, który, jak większość miejsc w Wetlinie, stoi przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej – zupy i pierogi z jagodami mają tam naprawdę godne. Obok Sioła stoi Chata Wędrowca – miejsce obrośnięte sławą za sprawą zdolnych marketingowo właścicieli, takiegoż kucharza i kilku blogerek, które puściły w świat wieść o smacznym jedzeniu. W odróżnieniu od Karczm, Oberży, Siół i innych górskalskich knajp, Chata Wędrowca ma klimat trochę schroniska, trochę salonu u prababci, trochę wakacji jak z Czechowa. Jest grzecznie, dużo drewna i ręcznie szydełkowanych serwetek, ale raczej kulturalnie niż swojsko. Z werandy na piętrze rozciąga się obłędny widok na góry, więc dobrze radzę zdążyć usiąść przed zachodem słońca, żeby móc się napatrzeć. Zjadłyśmy w Chacie smaczny krupnik i to, z czego słyną – naleśniki z jagodami. Tzn. los naleśnikos gigantos. Naleśniki zajmowały cały wielki talerz, na którym oprócz jagód znalazła się też bita śmietana, cukier (jakby komuś było mało) i chyba jeszcze czekolada.  Po czymś takim można się już tylko poturlać do domu, przepraszam – do schroniska.

Wszystko w Bieszczadach mi się podoba. Jak się trafi piękna pogoda, to super, jak nie, to nie szkodzi. Przestrzeń, jak to w górach, dotlenia mózg, kilometry spacerów pozwalają oderwać się trochę od codzienności. Wychodząc nocą na łąkę przy schronisku można przypomnieć sobie, ile gwiazd widać na niezadymionym niebie. Tylko całodzienna podróż, szczególnie z powrotem, podoba mi się mniej.

Kierunek Bieszczady

Ale na pewno wrócę.

 

Lubimy jak nas lubią na:
error0