Polska zaczyna się Mociakiem, a kończy Krupówkami. Zakopane, 30-tysięczne miasteczko – odwiedza co roku 2-3 mln turystów. I wszyscy jedzą to samo: kwaśnicę, golonkę i sery, niesłusznie zwane oscypkami.

Te 30 tysięcy to lekka przesada, twarde statystyki mówią o 27, więc pewnie i 3 miliony turystów są z dużą górką, ale nie w tym rzecz.

Każda turystyczna wiocha ma ten sam problem: żyje z ludzi, którzy przejechali wiele kilometrów, żeby pospacerować w tłoku, kupić chińskie pamiątki i zjeść co kto lubi. A że jedni lubią, żeby wszędzie było to samo, to im się wszędzie serwuje makdonaldy, sabłeje, pizze, burgery i inne sieciówki wszelkiej maści. Ci drudzy lubią za to lokalnie, więc autochtoni robią co mogą. Wielbiciele regionalizmów nad wodą co krok natykają się na bar „Rybka” i w lipcu dopytują w Łebie, czy dorsz jest aby na pewno świeżo złowiony. Narciarze (ci prawdziwi i ci udający) spacerując po Krupówkach w szeleszczących spodniach, wpadają w sieć budek i wózków z „oscypkami”. Prawdziwe oscypki są zimą tak możliwe jak świeży dorszy latem, bo skąd oscypek, kiedy owce nie dają mleka, ale i na to są sposoby: serki się mrozi albo pakuje hermetycznie i przechowuje do zimy, kiedy jest największy sezon. Dlaczego w takim razie nie można ich łatwo kupić poza Podhalem? A co byście wtedy, cepry durne, kupowali na Krupówkach? Z drugiej strony to my sami wmawiamy sobie, że kupujemy oscypki – bo tak wyglądają. Ale wystarczy spojrzeć dokładniej i przeczytać nazwy – te wszystkie: „bacowski”, „tradycyjny” i „łagodny”. A gdzie oscypek? W domyśle!

Zakopiańskie knajpy są rajem dla mięsożerców. W karcie każdej, niezależnie od lokalizacji, łatwo znaleźć kwaśnicę i żurek na kiełbasie, baraninę na kilka sposobów, golonki, kiełbasy i pierogi z mięsem. Jeśli mięsa nie jesz – „cóz, mocie kłopot”. Gdzieś między dodatkami a deserami czasami plącze się dział „Dania jarskie”, a czasami po prostu trzeba poszukać placków ziemniaczanych, pierogów z grzybami czy kaszą, które zresztą i tak pewnie wjadą na stół okraszone smażoną na nie wiadomo czym cebulą albo skwarkami. Sałatki? Nie łudźcie się, nawet tam da się wrzucić coś, co kiedyś chodziło.

Tak, że nie polecam, chyba, że na odtrucie po całorocznym spasaniu w hipsterskich hummus barach, siorbaniu latte ze starbunia i sobotnich piknikach czy wege bazarach. Jeśli ktoś nie je jeszcze serów i jajek, w górach się nie pożywi. Zostaje herbatka z prądem.

Lubimy jak nas lubią na:
error0

Dodaj komentarz