Weekend nad morzem poza sezonem ma sporo plusów.

Nie jeżdżę nad Bałtyk latem. Piwo ciepłe, morze zimne, parawanoza w pełnym rozkwicie oraz nieustający pochód obwisłych brzuchów i wyciągniętych gaci w drodze na i z plaży – wszystko to skutecznie mnie zniechęca. Koszmaru dopełniają sklepy z pamiątkami, wesołe miasteczka i sezonowe knajpy. Znacie to: drewniana buda, obwieszona banerami z plandeki w jaskrawych kolorach, a na plandece na wesoło i międzynarodowo: pizza, kebab i lody, czyli to, co jemy nad morzem najczęściej. No nie, jednak podziękuję. Co innego morze w kwietniu, kiedy słońce już przygrzewa, ale do sezonu jeszcze chwila. Plaże są tak samo piękne, a może i piękniejsze, bo lepiej widoczne, jeszcze nie przykryte kożuchem parawanów i kocyków. Dzieci nie wrzeszczą masowo, nie umcykają przenośne głośniki, nie działają przyplażowe knajpy i śmieci jeszcze nie tak dużo. Przy 20 stopniach na plusie da się bosą stopą poczuć drobny piasek, chociaż oczywiście wejście do wody to szok termiczny. No i z jedzeniem jakby wtedy lepiej.

Pośród odmalowywanych na sezon drewnianych bud działają nieliczne całoroczne knajpy i to jest właśnie dobry moment, żeby nad morzem zjeść. Całoroczne, czyli sprawdzone. Nie są to efemeryczne biznesy Józka, który od czerwca do sierpnia pcha w ludzi kebab nie wiadomo z czego, byle tanio i szybko. Ostają się miejsca, które bronią się całkiem dobrze.

Bar Hanka, Morska 17, Władysławowo

Proste miejsce przy ul. Morskiej, w sezonie zatłoczonej i hałaśliwej drodze na plażę. W ten weekend  zastałyśmy w okolicy krajobraz księżycowy, bo władze Władka przygotowują się do sezonu i betonują na potęgę – drogi, chodniki i parking. Gdzie jeszcze rok temu stały budy, teraz staną samochody. Żeby droga na plażę była jeszcze krótsza, a okazji do zarobienia (np. na parkingu) jeszcze więcej.

No, ale nie o tym chciałam. Bar – bezpretensjonalny, dobre miejsce na śniadanie. Zestawy śniadaniowe  z jajecznicą i kawą, parówkami itp. Kosztują od 14 16 zł. Innych dań nie ryzykowałabym.

Oceania, Wiejska 52 (przy porcie) Hel

Przy krótkiej uliczce schodzącej do portu obok Urzędu Miasta ścisnęły się trzy knajpki. Wybrałyśmy środkową, trochę na ślepo. W środku kilka stolików, na zewnątrz podobnie. Karmią szczodrze i całkiem smacznie. Zupa rybna – dobrze przyprawiony bulion z kawałkami morskich ryb i lanymi kluseczkami. Niestety dorzucono czerwoną paprykę, której nie lubię i o czym kelner nie poinformował, ale w sumie nieźle. Śledź – klasyk z cebulką, ogórkiem i śmietaną, podany z gotowanymi ziemniakami – jak na przystawkę to bardzo duże danie, razem z zupą starczył za cały obiad. Bez szału, chociaż śledź nie za słony, za to cebulka i ogórek jakby słodkawe. Jeszcze nie ma okresu ochronnego na dorsza, więc można kupić świeżą rybę i tu się chyba udało – klasyczna ryba z surówką i frytkami, poprawna, nie przesmażona, naprawdę spoko. Na koniec przyjemna niespodziana – rachunek na dwie osoby za to, co wyżej plus dwa piwa – 68 zł. Widziałam wprawdzie po drodze zachęty typu „ryba+frytki +coś 20 zł”, więc da się taniej, ale tu było dobrze, więc po co kombinować.

Restauracja Łóżko, Sychty 95, Jastarnia

Tu zrobiłyśmy tylko mały postój, więc polecenie będzie tylko z obserwacji. Kuchnia raczej włoska + dział pt „dla każdego coś dobrego”, no, bo wiadomo, frontem do klienta. Zapomnijcie o wiejskiej chałupie, tu łóżko z nazwy, a w zasadzie jego części, wisi na ścianie jako dekoracja. Z zewnątrz widać dobudowaną „werandę”, w środku obite skajem kanapy,foteliki obite szarym filcem na drewnianych nogach.  Na stolik trzeba polować, na jedzenie czekać ok 30 minut (podsłuchane), za to zawartość talerzy wyglądała nieźle. W menu oprócz potraw dla zjadacza pierogów znajdziemy np. sandacza na sosie kurkowym z szyjkami rakowymi albo pstrąga faszerowanego mozzarellą i suszonymi pomidorami. Ktoś tu kombinuje i być może smacznie to wychodzi. Ceny „warszawskie”, ale to jak widać nie zniechęca. Podobnie pełno było w niedalekiej Werandzie-Ogrodnica.

U Rybaka, Rozewska 2, Jastrzębia Góra

Knajpa przy głównej ulicy, w sezonie ciągną tędy tłumy na plażę i z powrotem, teraz widać jeszcze las po drugiej stronie jezdni. W środku wystrój sielsko-wiejski. Miał być krótki postój na „coś małego”, stanęło na kolejnej zupie rybnej (znowu „kaszubskiej”) i tatarze z łososia. Jakoś nam ten łosoś zdominował posiłek, bo zupa okazała się być bulionem, zabielonym śmietanką, z dodatkiem koperku i, niestety, kawałkami łososia oraz plasterkiem cytryny. No nie wiem. Ryby dali szczodrze, ale cytryna zakwasiła całość, no i łosoś w tym wszystkim nie nie nie… A tyle mamy smacznych ryb. Kaszubami mi tu raczej nie zaleciało. Tatar za to, wybrany świadomie, okazał się całkiem przyzwoity, podany jak wołowy, 1 do 1, z cebulką, ogórkiem i żółtkiem. Plus pieczywo i dużo masła, a jakże. Przydałoby się jeszcze trochę posiekanego koperku i byłoby super. Rachunek z napojami: 55 zł. Trochę dużo jak na małe co nieco, ale nie było to badziewie.

Strzechówka, Portowa 26, Krynica Morska

Na zewnątrz znowu remont przedsezonowy, ale w tym miejscu nawet w sezonie nie ma widoku, więc lepiej usiąść w środku. Tu klimat wiejsko-rybacki, czyli drewniane ławy, stare koło ratunkowe na ścianie, jakieś sieci pod sufitem. Dość już miałyśmy ryb po poprzednich przygodach, więc tym razem wjechał gulasz podany w chlebie (takim okrągłym chlebku, wydrążonym i z przykrywką) – podobno solidny i smaczny, nie próbowałam, bo ja mięso nie bardzo… za to zamówiłam „robione na miejscu” pierogi ruskie i dostałam coś jakby ravioli, ale jednak z grubego pierogowego ciasta, w którym farsz byłby całkiem do rzeczy, gdyby nie był… z boczkiem niestety. Smaczne, no ale nie chciałam zamawiać świniny, a nikt mnie nie uprzedził. Do kompletu jako czekadełko podano chleb i smalec (znowu – podobno smaczny, skwarki jak trzeba i cebulka takoż).  Wegeterianom, a zwłaszcza weganom, bardzo nie polecam.

Nie zajrzałyśmy, ale może następnym razem:

Hotel Pekin, Władysławowo

To wygląda jak biznes lekko już zakorzenionych w Polsce Chińczyków, jak szalony sen o pagodzie, tylko ozdób na dachu brakuje. Złote smoki, wielkie złote litery na froncie, restauracja chińska z lampionami w pakiecie. Hm. Przychodnia lekarska tuż obok, w razie gastronomicznej wpadki.

 

 

 

Lubimy jak nas lubią na:
error0